Przejdź do treści Przejdź do stopki

Ojciec i syn – w stronę „Moich Ameryk”

Pisanie, że Wojciech Zawadzki wielkim fotografem był, jest takim samym truizmem, jak pisanie, że wielkim poetą był np. niejaki Słowacki. To wie każdy. 

Jak każda „powaga”, Wojciech Zawadzki oddziałuje nawet po swojej śmierci, która przyszła po niego w 2017. Niespełna pięć lat później, a dokładnie od 8 lutego do 18 marca 2022 w niezwykłych wnętrzach wystawienniczych Starej Kopalni w Wałbrzychu, czyli w Wałbrzyskiej Galerii Sztuki BWA, w ramach VI Wałbrzyskiego Weekendu Fotografii organizowanego przez Wałbrzyski Klub Fotograficzny, Janek Zawadzki, syn Wojciecha, przypomniał cykl fotograficzny ojca zatytułowany „Moja Ameryka”.

Janek Zawadzki, Daszyńskiego

Poznaliśmy się z Jankiem, porozmawialiśmy dłużej. Kiedy dowiedziałem się, że i on fotografuje, poprosiłem go o przesłanie skanów swojej fotografii. I cóż się okazało? Że niedaleko pada jabłko od jabłoni. Otóż, młody Zawadzki tworzy w tej samej co ojciec, klasycznej technologii i stylistyce – i tu mamy kamerę wielkoformatową 4×5 cali, negatyw czarno-biały, odbitki – stykowe i powiększenia – na papierze barytowanym, z obowiązkową czarną ramką. „Ameryki” Janka i Wojtka są jednak różne; podczas, gdy u starszego, przynajmniej w cyklu „Moja Ameryka” dominują otwarte, a nawet rozległe widoki miasta (weduty) lub jego fragmenty, to u młodszego świat przedstawiony jest bardziej „ciasny” i ograniczony do kilkumetrowych powierzchni „zdejmowanych” na fotografiach. Wojtek zdaje się mówić – popatrzcie jakie dziwne miejsca, przestrzenie można spotkać wokół nas pod warunkiem, że potrafi się szeroko otworzyć oczy i nimi  „zobaczyć” te wspaniałości, a następnie zarejestrować na materiale światłoczułym. Wojtek przez swoje uwiecznianie na fotografii nobilituje miejsca, które w powszechnym odbiorze zdają się być brzydkie, a nawet odrażające. I chociaż nie sądzę, aby miał taki zamiar, wydobywa z pozornie banalnej rzeczywistości, to, co kiedyś nazywaliśmy pięknem; dzisiaj tego słowa w odniesieniu do obrazów fotograficznych używamy rzadko, bo nie wiedzieć czemu wolimy mówić o „wartościach wizualnych”, „estetycznych”, o „fotogenii” i o wielu, wielu innych własnościach. Janek w odróżnieniu od Wojtka, kadruje ciasno i wyraźnie widać, że chce uzyskać „piękne”, oszczędne obrazy. Udaje mu się to. W jego fotografii, w tej którą znam, widzę więcej Evy Rubinstein, Andrzeja Jerzego Lecha i Bogdana Konopki niż Wojtka Zawadzkiego, co w żaden sposób nie jest zarzutem. Janek po prostu rósł w tych klimatach i się w nich odnalazł. Być może dopiero teraz, po śmierci ojca, odważył się pokazać swoją fotografię. 

Musi Janek uważnie wsłuchiwać się w siebie, aby znaleźć tematy, które będą zgodne z jego wnętrzem

Jestem pewien, że kiedyś odnajdzie własną drogę w fotografii i pójdzie w inne strony niż jego mistrzowie. Jeśli poważnie myśli o kontynuowaniu drogi życiowej, jaką obrał jego ojciec, dla dobra swojego oraz – nie bójmy się wielkich słów – fotografii, musi Janek uważnie wsłuchiwać się w siebie, aby znaleźć tematy i formę, które będą zgodne z jego wnętrzem. Talent, czyli tzw. oko z pewnością odziedziczył, warsztat opanował (bezbłędnie wstrzelił się w kolorystykę i tonalność oryginalnych odbitek ojca, przygotowując na wałbrzyską wystawę część kopii – były nie do odróżnienia od powiększeń Wojtka), więc możemy ze spokojem śledzić jego rozwój fotograficzny. Dzieci sławnych ludzi, nie tylko fotografowie, mają jednocześnie i z górki, i pod górkę. Od urodzenia mają „to” nazwisko, więc trudno nie zwrócić na nich uwagi, ale z drugiej – wisi cały czas nad nimi klątwa porównań – czy już dorównuje, czy już przewyższa? Sztuka, to nie wyścigi i miejsca na podium. Tu najważniejsza jest szczerość i wierność samemu sobie.

Oto, jak o swoim projekcie pisał sam autor – Wojtek Zawadzki:

Moja Ameryka 

Realizację projektu „Moja Ameryka” rozpocząłem w 1997 roku. Obserwując otaczający mnie krajobraz miejski w Jeleniej Górze, w której znalazłem się niemal przypadkiem 13 lat wcześniej i zamieszkałem na stałe, jak również destrukcję przemysłowego pejzażu Wałbrzycha, obserwowanego przeze mnie głównie z okien pociągu relacji Wrocław – Jelenia Góra, zacząłem z czasem rejestrować te elementy, mając świadomość ich unikalności w sytuacji bezpowrotnego zanikania. Wiązało się to w moim przekonaniu ze świadomością zmiany epoki – wchodzenia w XXI wiek. I tak w przypadku Wałbrzycha, gdzie dotychczasowy krajobraz industrialny zmienił się i zmienia nadal dość szybko w specyficzną „pustynię” cywilizacyjną, która w naturalny sposób wypełni się nową postacią ludzkiej aktywności. Dlatego warto zarejestrować ten etap. Jest to na razie rodzaj „terra incognito”, którą należy być może dla dokumentu odkryć na nowo. Stare kamienice, podwórka, pozostałości zakładów przemysłowych i likwidowanych budynków stacji PKP w Jeleniej Górze potwierdzają istnienie upływu czasu i fakt swojej przemijalności. 

Ich Obecność na moich fotografiach jest uzasadniona trwaniem w czasie i emanacją swoistej energii, czasem trudnej do „odebrania”. Tym właśnie różnią się od wytworów aktualnej myśli ludzkiej. Są, swojego rodzaju, pomnikami. Monumentami, kojarzonymi bardziej przez istnienie czasu, niż istniejącymi naprawdę. Niemniej istnieją. Są warte rejestracji fotograficznej. Nieruchomość i surowość czarno-białej fotografii w odróżnieniu od innych, bardziej nowoczesnych sposobów zapisu, wydaje się tu najbardziej adekwatna. 

Zwykła – pozornie – rzeczywistość ogródków działkowych, potłuczonych elewacji kamienic, budek targowych, podwórkowych garaży samochodowych i tym podobnych zjawisk naszej cywilizacji, bez wątpienia zanikanie w ciągu czasu zdecydowanie krótszego niż czas trwania dobrze utrwalonej i wypłukanej odbitki czarno-białej. Mam nadzieje, że te fotografie za kilkadziesiąt lat będą sprzyjały takim samym emocjom, z jakimi oglądamy dziś stare, pożółkłe przedwojenne fotografie. Że zaświadczą one o istnieniu tej rzeczywistości. Fotografując w taki, a nie inny sposób, dokonując starannego wyboru kadru, warunków atmosferycznych i światła, staram się, z jednej strony stworzyć obrazy, które znajdują się na pograniczu dokumentu i „fotografii artystycznej”, z drugiej zaś, poprzez archaiczność procesu fotografowania – zastosowanie starej, drewnianej kamery wielkoformatowej, czując się czasami jak prawdziwy Krzysztof Kolumb, odkrywając swoją prawdziwą Amerykę, za pomocą statku żaglowego w dobie nuklearnej i elektronowej techniki, zadbać o rzeczywistą autonomię fotografii. 

Wojciech Zawadzki (1950) – fotografię uprawiał od lat 70. XX wieku. Wywarł duży wpływ na ukonstytuowanie się nurtu „fotografii elementarnej” (lata 70.) oraz „fotografii czystej” (lata 80.). Członek Związku Polskich Artystów Fotografików. Kurator Galerii „Korytarz” Jeleniogórskiego Centrum Kultury. Wykładowca fotografii w Wyższym Studium Fotografii w Warszawie, Zielonej Górze, kierownik i wykładowca w Wyższym Studium Fotografii w Jeleniej Górze, obecnie dwuletniego studium pod nazwą „Jeleniogórska Szkoła Fotografii”. Wykładał również za granicą, m.in. w Danii. Zawadzki wystawiał w kraju i za granicą. W latach 1998–2008 zrealizował dwie duże autorskie wystawy „Moja Ameryka” i „Olszewskiego 11”, które prezentowane były w najważniejszych galeriach w Polsce. Jego fotografie znajdują się w zbiorach Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Narodowego we Wrocławiu, Muzeum Sztuki Współczesnej w Hunfeld (Niemcy), Śląskiej Kolekcji Sztuki Współczesnej. Zmarł 22 czerwca 2017 w Jeleniej Górze. 

Fotografie Wojtka Zawadzkiego, także z cyklu „Moja Ameryka” można kupić w naszym sklepie, czyli w Galerii KF

F

Skomentuj

This Pop-up Is Included in the Theme
Best Choice for Creatives
Purchase Now